Fez niezwykle barwny i ciekawy (choć nie pozbawiony typowo arabskiego "pierdzielniczka" ) do Fezu nie dotrałam jeszcze, ale wciąż się wybieram...
co do kwestii smaków: marokańskie daktyle są jak dla mnie na 3 miejscu pod wzgledem ich smaku i aromatu ; oczywiście każdy z nas może mieć własne i inne zdanie ale to co najlepsze jadłam w Maroku to pomarańcze! pamiętam ich słodycz i soczystość! mniam mniam choc i te tunezyjskie im w niczym nie ustęppowały; co do daktyli: mój numero 2 to daktyle omańskie, które długo były u mnie na najwyższym podium zanim nie pojechałam do Tunezji... ;bo na czołówkę wysuwają się zdecydowanie słynne Degled Noor z Tunezji! łał, w życiu nie jadłam nigdzie lepszych! były przeepyszne! ; (tych z Egiptu juz nie pamiętam, bo tam byłam 18 lat temu, więc wspomnienia juz się zatarły, zwłaszcza te smakowe)
Na koniec zwiedzania podjeżdżamy pod bramę Bab Bu Dżalud i idziemy do ostatniej atrakcji medresy Bu Inanija, a potem powrót do hotelu. Podczas indywidualnego spaceru główną aleją miasta spotykamy po raz pierwszy króla - to znaczy eskortowaną kawalkadę czarnych limuzyn, z których jedna ma chorągiewkę.
Medresa powstała w połowie XIV wieku i wychodząc z niej można zobaczyć zachowaną konstrukcję zegara wodnego. Oczywiście zegar od dawna nie "chodzi" i brakuje miseczek z przelewającą się wodą.
Z okna autokaru - inna brama do mediny, inny targ.
medyny w arabskich miastach mają pewien swój nieokreślony urok....mimo istnienia "wątpliwej urody" zaułków!
(ps. do do kwestii kulinarnych - Ty wiesz, że ja zawsze jak jest okazja lubię próbowac lokalnych smaczków, ale do określania mnie "kulinarnym ekspertem" jest bardzo daleka droga... ; zdecydowanie ekspertem w tej dziedzinie nie jestem, napisałaeś to mocno na wyrost!
jesteś, jesteś tak, w tych ciasnych zaułkach z popodpieranymi czasem ścianami chyba nikt nie chciałby znaleźć się samotnie
Podczas indywidualnego spaceru główną aleją miasta spotykamy po raz pierwszy króla - to znaczy eskortowaną kawalkadę czarnych limuzyn, z których jedna ma chorągiewkę. Wieczorem idziemy na fakultet kolację z występami, aby popróbować marokańskich specjałów. Do kolacji bierzemy tutejszą specjalność czyli wino szare. Tak naprawdę szare nie jest ino lekko różowe, ale w sumie niezłe. Przygrywa i śpiewa męska kapela, ale na koniec są i tańce erotyczne. Z tarasu na dachu lokalu można spojrzeć na wieczorny Fez.
Opuszczamy wspaniały Fez i ruszamy na podbój następnych Cesarskich Miast, chociaż cesarza tak naprawdę w Maroku nigdy nie było. Jedziemy zielonymi bogatymi w uprawy terenami do Volubilis - strefy rzymskich ruin z początku naszej ery. Pomimo braku oznak troskliwości o zabytek w wielu miejscach podziwiamy świetne mozaiki podłogowe i resztki budowli. Dlaczego piszę o braku troskliwości?? Tak, niektóre małe eksponaty znajdują się w budynku muzeum, ale cały ciąg mozaikowych podłóg, których część zamieszczę znajduje się na wolnym powietrzu bez żadnego zadaszenia wystawiony na działanie czynników atmosferycznych.
Jakiś łuk triumfalny obok którego spaceruje czapla złotawa, a nieco dalej pozuje przez chwilę kląskawka.
Jest i tuptuś i polująca tu dzierlatka iberyjska. Na chwilę wchodzimy do muzeum, a potem ruszamy dalej.
Fez niezwykle barwny i ciekawy (choć nie pozbawiony typowo arabskiego "pierdzielniczka" )
do Fezu nie dotrałam jeszcze, ale wciąż się wybieram...
co do kwestii smaków: marokańskie daktyle są jak dla mnie na 3 miejscu pod wzgledem ich smaku i aromatu ; oczywiście każdy z nas może mieć własne i inne zdanie ale to co najlepsze jadłam w Maroku to pomarańcze!
pamiętam ich słodycz i soczystość! mniam mniam choc i te tunezyjskie im w niczym nie ustęppowały; co do daktyli: mój numero 2 to daktyle omańskie, które długo były u mnie na najwyższym podium zanim nie pojechałam do Tunezji... ;bo na czołówkę wysuwają się zdecydowanie słynne Degled Noor z Tunezji! łał, w życiu nie jadłam nigdzie lepszych! były przeepyszne! ; (tych z Egiptu juz nie pamiętam, bo tam byłam 18 lat temu, więc wspomnienia juz się zatarły, zwłaszcza te smakowe)
Piea
papuas
Na koniec zwiedzania podjeżdżamy pod bramę Bab Bu Dżalud i idziemy do ostatniej atrakcji medresy Bu Inanija, a potem powrót do hotelu. Podczas indywidualnego spaceru główną aleją miasta spotykamy po raz pierwszy króla - to znaczy eskortowaną kawalkadę czarnych limuzyn, z których jedna ma chorągiewkę.
Medresa powstała w połowie XIV wieku i wychodząc z niej można zobaczyć zachowaną konstrukcję zegara wodnego. Oczywiście zegar od dawna nie "chodzi" i brakuje miseczek z przelewającą się wodą.
Z okna autokaru - inna brama do mediny, inny targ.
papuas
przepiękna brama
No trip no life
medyny w arabskich miastach mają pewien swój nieokreślony urok....mimo istnienia "wątpliwej urody" zaułków!
(ps. do do kwestii kulinarnych - Ty wiesz, że ja zawsze jak jest okazja lubię próbowac lokalnych smaczków, ale do określania mnie "kulinarnym ekspertem" jest bardzo daleka droga...
; zdecydowanie ekspertem w tej dziedzinie nie jestem, napisałaeś to mocno na wyrost!
Piea
jesteś, jesteś
tak, w tych ciasnych zaułkach z popodpieranymi czasem ścianami chyba nikt nie chciałby znaleźć się samotnie
Podczas indywidualnego spaceru główną aleją miasta spotykamy po raz pierwszy króla - to znaczy eskortowaną kawalkadę czarnych limuzyn, z których jedna ma chorągiewkę. Wieczorem idziemy na fakultet kolację z występami, aby popróbować marokańskich specjałów. Do kolacji bierzemy tutejszą specjalność czyli wino szare. Tak naprawdę szare nie jest ino lekko różowe, ale w sumie niezłe. Przygrywa i śpiewa męska kapela, ale na koniec są i tańce erotyczne. Z tarasu na dachu lokalu można spojrzeć na wieczorny Fez.
Foto robione bez lampy, więc wyszło jak wyszło.
papuas
Czy to był taniec brzucha ?
No trip no life
papuas
Opuszczamy wspaniały Fez i ruszamy na podbój następnych Cesarskich Miast, chociaż cesarza tak naprawdę w Maroku nigdy nie było. Jedziemy zielonymi bogatymi w uprawy terenami do Volubilis - strefy rzymskich ruin z początku naszej ery. Pomimo braku oznak troskliwości o zabytek w wielu miejscach podziwiamy świetne mozaiki podłogowe i resztki budowli. Dlaczego piszę o braku troskliwości?? Tak, niektóre małe eksponaty znajdują się w budynku muzeum, ale cały ciąg mozaikowych podłóg, których część zamieszczę znajduje się na wolnym powietrzu bez żadnego zadaszenia wystawiony na działanie czynników atmosferycznych.
Jakiś łuk triumfalny obok którego spaceruje czapla złotawa, a nieco dalej pozuje przez chwilę kląskawka.
Jest i tuptuś i polująca tu dzierlatka iberyjska. Na chwilę wchodzimy do muzeum, a potem ruszamy dalej.
papuas
Ale ustrzeliłeś fotę
