...to prawda, cena za (około) godzinny przejazd z lotniska do hotelu też nas zdziwiła. Jak pisałem,z powrotem było taniej co oznacza że przy pierwszym przejeździe kierowca,chyba,..."pomajstrował przy taksometrze" !?? Może miał...przodków z polandu ?!!! ; ))))
A co do pogody. Tak sie zastanowiłem po wpisie żelka że właściwie to na karaibach będąc,czy to wiosną czy jesienią, nigdzie nie obyło się bez deszczu !!! Nawet w najbardziej suchym Curacao trafiły sie opady !!! Na szczęście,nie zawiodły temperatury ; ) Co ciekawe,poznany "lokales" twierdził że On,najbardziej ze wszystkich miesiecy lubi...maj !!! Byłem zdziwiony ponieważ ten miesiąc jest "pokazywany w necie" jako...mniej atrakcyjny (opady). Chłopak zaśmiał sie tylko. Opady na Guadeloupie nawet w "porze deszczowej" nie trwaja długo. Może kropi częściej ale wcale nie dłużej. Ot,deszcz przez godzinę,max dwie a potem słońce. Do tego opady są bardzo..."lokalne". To znaczy pada np.na wschodzie wyspy a reszta jest sucha i słoneczna. Jedyne co zmienia się,na niekorzyść,to pojawianie się komarów w wiekszej ilości. Mówie o tzw."porze deszczowej". W czasie gdy bylismy obecnośc "krwiopijców" była marginalna. Tylko wieczorem,tylko "przy krzakach" ; )
Dziś połazimy po plażach. Dlaczego "w liczbie mnogiej" !?? Ano dlatego że hotel "zawłaszczył" sobie dwie oddzielne plaże. Chodźmy wpierw na tę "ucywilizowaną". Przy niej znajdowały sie barek i restauracja. Tam też "ulokowano" bungalowy dla lubiących "kameralność" w czasie wakacyjnego pobytu...
Największy plus tutejszych plaz to..."piaskowa miałkość" ; ) Nie potrzeba butów ,klapek itp. aby czerpać radość ze spacerów. Jedynie w godzinach południowych piasek był...baaardzo gorący ; )
Tak wygląda "plaża główna" ,patrząc na nią z oddalenia...
chodźmy bliżej...
Budynek recepcji i "narożny" sklepik z pamiątkami od strony plaży.
"szopka" ze sprzętem wodnym.
Jej zadaszenie służyło jako "miejsce przeczekania" przy intensywnych opadach. Zabieralismy jedynie ręczniki aby po kilkunastu minutach wrócić "na sucho" na leżaki ; ))
barek (ten mniejszy daszek) i główna restauracja...
kawałek za restauracją widać pierwsze bungalow,y...
a tak "domki" wyglądały z bliska...
Basia podsumowała ich (bungalowów) położenie krótko. "Szkada że ich nie wybralismy na czas pobytu" ; )))
A teraz już tylko "piaskownica"...
tę plażę,jak wszystkie które widzieliśmy "zakańczał" skalny cypel...
widok na plażę "po długości" w drodze powrotnej...
widać jak położony jest główny budynek hotelu. To duży "skalny cypel". Dzięki temu widoczki "z okna" były fantastyczne. Ja nie żałowałem naszego wyboru. Wolę "blokhaus" zamiast..."campingu" ; )))
Nie sposób pominąć "sprawę wody" ; )Czyściusieńka, ciepła,ale nie "zupiasta", idealna do kapieli. Której nie mogłem sobie odmówić ; )))
to i tyle z "plaży głównej". Jutro,pójdziemy na "dziką"...
—
...no to w drogę... żeby się oburzać i podziwiać
...zdumiewać i wzruszać ramionami...wybrzydzać i zachwycać...Radoslav
... he,he,he ja to jestem..."chłopak z bloku" ; ))) i najlepiej czuje się..."w blokhaus,ie" ; ) co do "opustoszałych plaż"...hmmm, może tak to wygląda na zdjęciach ponieważ plaża jest naprawde długa !!! "opalacze" albo leżą na leżakach albo kąpia się w leżaków pobliżu ; ) a że wszyscy są..."spragnieni" to największe wzięcie maja miejsca bądż w pobliżu "recepcyjnego barku",jak to brzmi ; ))) Albo kawałek dalej ,przy barku plażowym. Spacerowiczów było naprawdę niewielu !!! Co ciekawe,hotel "dopuszczał' możliwośc korzystania z plaż (oraz z basenu) przez "gości przyjezdnych". Czyli tych którzy nie byli w hotelu zameldowani. Nie mogli oni jedynie korzystać z hotelowych ręczników. Pewnie dlatego parking przed wjazdem na teren był zawsze niemal pełny !!!
Wspomniałem o basenie,więc teraz słów,dosłownie,kilka ; ) Był jeden z głebokością 1.4m i mały brodzik dla maluchów. Leżaki przy basenie były z miękkim materacem ale ilość parasoli była ograniczona. Kąpiacych się w porównaniu z plażą,niewielu. Nie grała muzyczka. Jedynie w trakcie "gimnastyki" ; ) Kilka fotek z tego przybytku...
ciekawostką,dla nas,było "obicie deskami" trenu wokół basenu. Niby fajniej chodzić "po drewnie" niz po..."betonie" ale...biegajace dzieciaki wytwarzały chałas na podobieństwo..."końskiego galopu". Trzeba był sie do tego przyzwyczaić...
A teraz ,"dzika plaża". Najpierw zerknijmy na nią "z wysoka". Czyli z krańca skalnego cypla na którym stoi hotel. Aby tam dotrzeć,należy "uzyć schodków" ; )
Gdy dojdziemy do najbardziej wysunietego miejsca,możemy zerknąć "przed siebie"...
z tej miejscówki "próbowano wędkować". Nie widziałem czy skutecznie. Odszedłem bo..."zazdrościłem" że nie zabrałem ze sobą wędkarskiego sprzętu ; )
Widoczne po powierzchnia rafy to znakomite miejsce do "łowienia z kuszą". Zapewniał mnie o tym chłopak o którym juz wspominałem...
Dochodzimy tam ,gdzie widok na "dziką plażę" był najbardziej spektakularny...
Swego rodzaju "magia" sprawiałe że ilokroć tam przyszlismy to...musieliśmy posiedzieć,popatrzeć,posłuchać ; )
Chdźmy zobaczyć plażę "z bliska"...Zanim na nia wejdziemy zerknijmy na tablicę kóra wyjaśnia dlaczego pozostała..."dzika plażą". Brak tutaj jakichkolwiek oznak ludzkiej działalności. Nie ma leżaków,barków,sklepików.Choć teren należy do hotelu !!! Ot,"dziczyzna" ; )
Okazuje się że to..."sanktuarium żółwi" !!! Oczywiście nie przez cały czas ale w okresie lęgowym. To jednak wystarczyło aby pozostawić to miejsce jak..."przed wiekami"...
Teraz jest czas..."bezżólwiowy" ; )Możemy więc połazić po tej "piaskownicy".W takim razie chodźmy...
po lewo, budynek hotelowy. My mieszkaliśmy ("lewa" część korytaża) z widoczkiem na "plażę główną". Ale i ci "po prawo" mieli superowska panoramę z okien,właśnie na tę plaże...
plaża nie jest może tak długa jak "gówna" ale i tak jest do przejścia..."pare metrów" ; )
skalny cypel zamykajacy plaże jest znacznie wyższy niż na plaży sąsiedniej. To już...niemal klif ; )
Napotkanie tutaj kogokolwiek to juz był naprawde "traf". Przychodzili albo "prawdziwi samotnicy" albo..."sprawdzajacy teren" goście zaraz po przyjeździe ; ))To i tyle z "plażowych odsłon". Jutro powiem, i pokażę dlaczego słoneczne zachody były..."połowiczne" ; )))
p.s właściwie to nie wiem dlaczego nie pokazać Wam plaż..."w ruchU" ; )))
—
...no to w drogę... żeby się oburzać i podziwiać
...zdumiewać i wzruszać ramionami...wybrzydzać i zachwycać...Radoslav
...teraz czas na zapowiedziany "temat wieczorny". Może sie wydawać,że zaczynam "z innej beczki" ale dowiodę że wszystkie poruszone dziś aspekty mają..."wspólny mianownik" ; ) Podczas spacerowania po "hotelowych włościach" natknęliśmy się na takie tabliczki...
nie ukrywam że byliśmy,nieco,zdziwieni. Wszakże karaiby są "aktywne sejsmicznie" ale nigdy nie słyszałem o trzęsieniu ziemi na Guadelope,ie. Tym bardziej o możliwości wystąpienia "wielkiej fali" kojarzonej z tym zjawiskiem. Pomyślałem że to taka..."profilaktyka na wyrost" ; )) Raz jeden podkusiło nas nawet zobaczyc dokąd prowadzi "ścieżka ewakuacyjna".
Zaczynała się...niewinnie. Tuz przy ostatnich bungalowach. Jak łatwo sie domyślic prowadziła "pod górę"...
im bardziej w las tym...goręcej ; )
i...coraz węziej ; ))
nie poszlismy dalej. Tropikalna "parówka" zniechęciła nas totalnie. A swoją drogą to "oczami duszy" widziałem ten "tłum uciekajacych" przez gęstwinę w nocnej porze. Ofiar byłoby ,chyba,więcej z powodu "zasłabnięcia" niż..."utopienia" !???
To wątek pierwszy. Teraz "zachody słońca". Karaibskie były zawsze fajnie ..."cukierkowe". Niebo ciemnieje a słoneczko zmienia barwę "tonąc w morzu". Liczyliśmy na tekie efekty i tym razem, Niestety spełniło się jedynie..."kolorowanie nieba". Słońce ZAWSZE zachodziło za widoczne na horyzoncie chmury...
ten najfajniejszy moment gdy "dysk tonie" nigdy nie był widoczny !!!
pozostawały "podświetlone na wieczorowo" chmury...
Powiecie no dobra,ale co ma..."piernik (tsunami) do "wiatraka" (chmury zasłaniajace słońce). Otóż ma ; ) Gdy przewodnik na wycieczce ,będzie jeszcze okazja o nim opowiedzieć, napomknął o wyspie Montserrat odległej zaledwie o 17 km. od tej części Guadeloupy i o groźnym na niej vulkanie. Nie połączyłem tych faktów. Ot,po prostu wyspy(Montserrat) nie było nigdy widać na horyzoncie ponieważ skrywały ją chmury o ,niemal,każdej porze dnia !!! Ale, jednego razu,po burzy,powietrze przejaśniało na tyle że "zagrożenie" pokazało się w całej (niemal) okazałości...
Ten widoczny w oddali "cień" to właśnie vulkan Soufriere. Sprawca katastrofy jaką spotkała Montserrat w 1995 roku.
Powiecie :"przecież to "aż 17-ście kilometrów" !!! Ponoć to odległość bardzo niewielka przy tego typu wybuchach. Zapewne "chmura piroklastyczna" nie dotarła by do wybrzeży Guadeloupy ale fale spowodowane erupcją z pewnością tak.
Stąd "ostrzeżenia o tsunami",stad słoneczko zachodzace "za chmury". Właściwie to "za skryty w chmurach vulkan ; ) To tyle... "co było do okazania"...
Jutro...czas na"ogród" ; )
—
...no to w drogę... żeby się oburzać i podziwiać
...zdumiewać i wzruszać ramionami...wybrzydzać i zachwycać...Radoslav
... jak wiecie nie jesteśmy "wycieczkowi" na wakacjach ; )) Ale,nie znaczy to że cały czas przesiadujemy w hotelu. Lubimy wybyć w miejsca "atrakcyjne turystycznie" tudzież polecane,rekomendowane i...niezbyt oddalone. Aby wypadzik nie przerodził się w "całodniówkę". Chodzi o to by "cuś" zobaczyć ale nie kosztem zmęczenia które ZAWSZE towarzyszy w czasie zbyt długich eskapad...
Pierwszy nasz wybór to polecany..."Jardin Botanique Deshaie". Gdzie ostatni człon w nazwie określa umiejscowienie ogrodu,miasteczko Deshaies. Zamówiliśmy taksówkę. Nie chcę wypisywać ile to zapłaciliśmy ponieważ...nie pamiętam !!! Przyjmijmy że transfer w obie strony nie przekroczył stówki...
Z kierowcą umówiliśmy się że gdy bedziemy gotowi wracać,zadzwonimy. Zostawił nam wizytówkę. Jeszcze w czasie dojazdu "taksiaż" powiedział że "ogród" to najbardziej "oblegana" atrakcja turystyczna na Gudeloup,ie !!!
Już przy wejściu spory tłumek potwierdził jego opinię...
Stanęliśmy "w ogonku". Wszystko idzie bardzo wolno. Niecierpliwimy się troszeczkę. Zwłaszcza że z nieba "leje sie żar"... Tu uwaga: można dokonać zakupu biletów w automacie.Ale,"menu" jest TYLKO francuskojęzyczne a jeśli chcemy zakupić "secik z karmą dla papug,rybek i koziołka" i tak musimy dostać sie do sprzedajacej je (karmę) dziewczyny. Z tego powodu odstalismy swoje ; ))
Na szczęście końcówka oczekiwania po bilety po zbawiennym zadaszeniem...
Tuż za wejściem stawik z karpiami "koi". Te "importowane" z Japonii ryby przyjęły się ,chyba,na całym świecie ; ) W tamtejszym stawiku było ich..."całe mnóstwo"...
Największa atrakcja jest wtedy gdy (my lub inny "gość") wsypywana jest karma dla ryb. Tworzy się..."niezwyczajny ścisk" w wodzie...i "nad wodą" ; )
Ruszamy dalej. Ścieżka wiedzie wokół stawiku...
po drodze oglądamy..."starych znajomych" ; )
dochodzimy do kolejnej "żywej atrakcji". To sporych rozmiarów wolier zamieszkały przez kolorowe papużki. Nikomu nie przeszkadza że to gatunek sprowadzony z...australii ; ))
Największa frajda gdy wyciagamy "mini-kubeczek" ze słodkim płynem. Nie wiem dokładnie co było w środku. Pachniało...kokosem ; ) Ptak przylatuje w pobliże naszej dłoni i..."spija nektar" ; )))
Niestety wychodzimy ze zbawiennego cienia. Jest naprawdę goraco !!! Koilejne rośliny które już "gdzieś widzieliśmy"...
Dochodzimy do największej "roslinnej atrakcji" w ogrodzie...
To "kapokowiec",drzewo naturalnie występujace w tym rejonie świata. Ten jest...bardzo okazały !!!
Wiosna,więc jeszcze w stanie ..."bezlistnym"...
Nie mogliśmy odmówić sobie..."pretensjonalnych fotek" ; )))
Maszerujemy dalej. Wciąż w..."promieniach słoneczka"...
Na szczęście,przed nami,kolejna..."strefa cienia"...
Jest tutejsza atrakcja "No.2". To Banyan. "Drzewo-dusiciel"...
Kawałek dalej,urokliwy zakatek. "To na górze" to lokalna knajpka. Niestety nie udało sie nam znaleźć wolnego stolika !!! : (
Na drugim krańcu bajorka..."gęsi"...znaczy flamingi ; )
Troszke postalismy i...wystarczy. Czas dokonczyć "ogrodowy spacer"...
Jak na "wiosenna porę" sporo kwiatów...
jak juz pisałem. Wiekszośc z roślin już "gdzieś" widzielismy...
trafiły sie i roslinne "dziwadełka"...
Nieopodal wyjścia,koziołek (koziołki) które także doczekały sie "smakołyków" ; ) Pozostawiły "zieleninę" aby zdegustować "turystyczne datki"...
Pozostała jeszcze wizyta w lokalnym sklepiku. O dziwo ceny były naprawde atrakcyjne (w porównaniu z hotelowymi) !!!
Tamże (w sklepiku) poprosiliśmy sprzedawczynię aby "przywołała telefonicznie" naszego wozaka. Nie było sprzeciwu ; ) Czas oczekiwania,około pół godziny" spedzilismy pod parasolem pijac piwko,jedząc "snack,i" i lody...
W podsumowaniu: tenże ogród jest najmiejszym jaki widzielismy. Troszkę mniej okazały od tego na Martynice i zupełnie malutki w porównaniu z "przybytkiem" na Muritiusie. Czy "wart odwiedzin" !??? Powiem tak. Jeśli odwiedzimy go z przekonaniem że to..."odskocznia" od dnia powszedniego w hotelu to tak. Jesli jednak liczymy na..."extrasy"...możemy się lekko zawieść...
Jutro..."o tym i tamtym" ; )
p.s. ogrodowa "piguła"...
—
...no to w drogę... żeby się oburzać i podziwiać
...zdumiewać i wzruszać ramionami...wybrzydzać i zachwycać...Radoslav
...to prawda, cena za (około) godzinny przejazd z lotniska do hotelu też nas zdziwiła. Jak pisałem,z powrotem było taniej co oznacza że przy pierwszym przejeździe kierowca,chyba,..."pomajstrował przy taksometrze" !?? Może miał...przodków z polandu ?!!! ; ))))
A co do pogody. Tak sie zastanowiłem po wpisie żelka że właściwie to na karaibach będąc,czy to wiosną czy jesienią, nigdzie nie obyło się bez deszczu !!! Nawet w najbardziej suchym Curacao trafiły sie opady !!! Na szczęście,nie zawiodły temperatury ; ) Co ciekawe,poznany "lokales" twierdził że On,najbardziej ze wszystkich miesiecy lubi...maj !!! Byłem zdziwiony ponieważ ten miesiąc jest "pokazywany w necie" jako...mniej atrakcyjny (opady). Chłopak zaśmiał sie tylko. Opady na Guadeloupie nawet w "porze deszczowej" nie trwaja długo. Może kropi częściej ale wcale nie dłużej. Ot,deszcz przez godzinę,max dwie a potem słońce. Do tego opady są bardzo..."lokalne". To znaczy pada np.na wschodzie wyspy a reszta jest sucha i słoneczna. Jedyne co zmienia się,na niekorzyść,to pojawianie się komarów w wiekszej ilości. Mówie o tzw."porze deszczowej". W czasie gdy bylismy obecnośc "krwiopijców" była marginalna. Tylko wieczorem,tylko "przy krzakach" ; )
Dziś połazimy po plażach. Dlaczego "w liczbie mnogiej" !?? Ano dlatego że hotel "zawłaszczył" sobie dwie oddzielne plaże. Chodźmy wpierw na tę "ucywilizowaną". Przy niej znajdowały sie barek i restauracja. Tam też "ulokowano" bungalowy dla lubiących "kameralność" w czasie wakacyjnego pobytu...
Największy plus tutejszych plaz to..."piaskowa miałkość" ; ) Nie potrzeba butów ,klapek itp. aby czerpać radość ze spacerów. Jedynie w godzinach południowych piasek był...baaardzo gorący ; )
Tak wygląda "plaża główna" ,patrząc na nią z oddalenia...
chodźmy bliżej...
Budynek recepcji i "narożny" sklepik z pamiątkami od strony plaży.
"szopka" ze sprzętem wodnym.
Jej zadaszenie służyło jako "miejsce przeczekania" przy intensywnych opadach. Zabieralismy jedynie ręczniki aby po kilkunastu minutach wrócić "na sucho" na leżaki ; ))
barek (ten mniejszy daszek) i główna restauracja...
kawałek za restauracją widać pierwsze bungalow,y...
a tak "domki" wyglądały z bliska...
Basia podsumowała ich (bungalowów) położenie krótko. "Szkada że ich nie wybralismy na czas pobytu" ; )))
A teraz już tylko "piaskownica"...
tę plażę,jak wszystkie które widzieliśmy "zakańczał" skalny cypel...
widok na plażę "po długości" w drodze powrotnej...
widać jak położony jest główny budynek hotelu. To duży "skalny cypel". Dzięki temu widoczki "z okna" były fantastyczne. Ja nie żałowałem naszego wyboru. Wolę "blokhaus" zamiast..."campingu" ; )))
Nie sposób pominąć "sprawę wody" ; )Czyściusieńka, ciepła,ale nie "zupiasta", idealna do kapieli. Której nie mogłem sobie odmówić ; )))
to i tyle z "plaży głównej". Jutro,pójdziemy na "dziką"...
...no to w drogę... żeby się oburzać i podziwiać
...zdumiewać i wzruszać ramionami...wybrzydzać i zachwycać...Radoslav
Oj...Basia miała rację z bungalowami....fajnei ładnie położone
osobiście bym je wybrała. Plaże ładne...a nawet bardzo ładne no i wydają się byc puste.
... he,he,he ja to jestem..."chłopak z bloku" ; ))) i najlepiej czuje się..."w blokhaus,ie" ; ) co do "opustoszałych plaż"...hmmm, może tak to wygląda na zdjęciach ponieważ plaża jest naprawde długa !!! "opalacze" albo leżą na leżakach albo kąpia się w leżaków pobliżu ; ) a że wszyscy są..."spragnieni" to największe wzięcie maja miejsca bądż w pobliżu "recepcyjnego barku",jak to brzmi ; ))) Albo kawałek dalej ,przy barku plażowym. Spacerowiczów było naprawdę niewielu !!! Co ciekawe,hotel "dopuszczał' możliwośc korzystania z plaż (oraz z basenu) przez "gości przyjezdnych". Czyli tych którzy nie byli w hotelu zameldowani. Nie mogli oni jedynie korzystać z hotelowych ręczników. Pewnie dlatego parking przed wjazdem na teren był zawsze niemal pełny !!!
Wspomniałem o basenie,więc teraz słów,dosłownie,kilka ; ) Był jeden z głebokością 1.4m i mały brodzik dla maluchów. Leżaki przy basenie były z miękkim materacem ale ilość parasoli była ograniczona. Kąpiacych się w porównaniu z plażą,niewielu. Nie grała muzyczka. Jedynie w trakcie "gimnastyki" ; ) Kilka fotek z tego przybytku...
ciekawostką,dla nas,było "obicie deskami" trenu wokół basenu. Niby fajniej chodzić "po drewnie" niz po..."betonie" ale...biegajace dzieciaki wytwarzały chałas na podobieństwo..."końskiego galopu". Trzeba był sie do tego przyzwyczaić...
A teraz ,"dzika plaża". Najpierw zerknijmy na nią "z wysoka". Czyli z krańca skalnego cypla na którym stoi hotel. Aby tam dotrzeć,należy "uzyć schodków" ; )
Gdy dojdziemy do najbardziej wysunietego miejsca,możemy zerknąć "przed siebie"...
z tej miejscówki "próbowano wędkować". Nie widziałem czy skutecznie. Odszedłem bo..."zazdrościłem" że nie zabrałem ze sobą wędkarskiego sprzętu ; )
Widoczne po powierzchnia rafy to znakomite miejsce do "łowienia z kuszą". Zapewniał mnie o tym chłopak o którym juz wspominałem...
Dochodzimy tam ,gdzie widok na "dziką plażę" był najbardziej spektakularny...
Swego rodzaju "magia" sprawiałe że ilokroć tam przyszlismy to...musieliśmy posiedzieć,popatrzeć,posłuchać ; )
Chdźmy zobaczyć plażę "z bliska"...Zanim na nia wejdziemy zerknijmy na tablicę kóra wyjaśnia dlaczego pozostała..."dzika plażą". Brak tutaj jakichkolwiek oznak ludzkiej działalności. Nie ma leżaków,barków,sklepików.Choć teren należy do hotelu !!! Ot,"dziczyzna" ; )
Okazuje się że to..."sanktuarium żółwi" !!! Oczywiście nie przez cały czas ale w okresie lęgowym. To jednak wystarczyło aby pozostawić to miejsce jak..."przed wiekami"...
Teraz jest czas..."bezżólwiowy" ; )Możemy więc połazić po tej "piaskownicy".W takim razie chodźmy...
po lewo, budynek hotelowy. My mieszkaliśmy ("lewa" część korytaża) z widoczkiem na "plażę główną". Ale i ci "po prawo" mieli superowska panoramę z okien,właśnie na tę plaże...
plaża nie jest może tak długa jak "gówna" ale i tak jest do przejścia..."pare metrów" ; )
skalny cypel zamykajacy plaże jest znacznie wyższy niż na plaży sąsiedniej. To już...niemal klif ; )
Napotkanie tutaj kogokolwiek to juz był naprawde "traf". Przychodzili albo "prawdziwi samotnicy" albo..."sprawdzajacy teren" goście zaraz po przyjeździe ; ))To i tyle z "plażowych odsłon". Jutro powiem, i pokażę dlaczego słoneczne zachody były..."połowiczne" ; )))
p.s właściwie to nie wiem dlaczego nie pokazać Wam plaż..."w ruchU" ; )))
...no to w drogę... żeby się oburzać i podziwiać
...zdumiewać i wzruszać ramionami...wybrzydzać i zachwycać...Radoslav
Też bym tam posiedziała,posłuchała,popatrzyła )) pięknie.
Plaża w ruchu zdecydowanie bardziej przemawia , aż czuć te fale
No trip no life
...teraz czas na zapowiedziany "temat wieczorny". Może sie wydawać,że zaczynam "z innej beczki" ale dowiodę że wszystkie poruszone dziś aspekty mają..."wspólny mianownik" ; ) Podczas spacerowania po "hotelowych włościach" natknęliśmy się na takie tabliczki...
nie ukrywam że byliśmy,nieco,zdziwieni. Wszakże karaiby są "aktywne sejsmicznie" ale nigdy nie słyszałem o trzęsieniu ziemi na Guadelope,ie. Tym bardziej o możliwości wystąpienia "wielkiej fali" kojarzonej z tym zjawiskiem. Pomyślałem że to taka..."profilaktyka na wyrost" ; )) Raz jeden podkusiło nas nawet zobaczyc dokąd prowadzi "ścieżka ewakuacyjna".
Zaczynała się...niewinnie. Tuz przy ostatnich bungalowach. Jak łatwo sie domyślic prowadziła "pod górę"...
im bardziej w las tym...goręcej ; )
i...coraz węziej ; ))
nie poszlismy dalej. Tropikalna "parówka" zniechęciła nas totalnie. A swoją drogą to "oczami duszy" widziałem ten "tłum uciekajacych" przez gęstwinę w nocnej porze. Ofiar byłoby ,chyba,więcej z powodu "zasłabnięcia" niż..."utopienia" !???
To wątek pierwszy. Teraz "zachody słońca". Karaibskie były zawsze fajnie ..."cukierkowe". Niebo ciemnieje a słoneczko zmienia barwę "tonąc w morzu". Liczyliśmy na tekie efekty i tym razem, Niestety spełniło się jedynie..."kolorowanie nieba". Słońce ZAWSZE zachodziło za widoczne na horyzoncie chmury...
ten najfajniejszy moment gdy "dysk tonie" nigdy nie był widoczny !!!
pozostawały "podświetlone na wieczorowo" chmury...
Powiecie no dobra,ale co ma..."piernik (tsunami) do "wiatraka" (chmury zasłaniajace słońce). Otóż ma ; ) Gdy przewodnik na wycieczce ,będzie jeszcze okazja o nim opowiedzieć, napomknął o wyspie Montserrat odległej zaledwie o 17 km. od tej części Guadeloupy i o groźnym na niej vulkanie. Nie połączyłem tych faktów. Ot,po prostu wyspy(Montserrat) nie było nigdy widać na horyzoncie ponieważ skrywały ją chmury o ,niemal,każdej porze dnia !!! Ale, jednego razu,po burzy,powietrze przejaśniało na tyle że "zagrożenie" pokazało się w całej (niemal) okazałości...
Ten widoczny w oddali "cień" to właśnie vulkan Soufriere. Sprawca katastrofy jaką spotkała Montserrat w 1995 roku.
Powiecie :"przecież to "aż 17-ście kilometrów" !!! Ponoć to odległość bardzo niewielka przy tego typu wybuchach. Zapewne "chmura piroklastyczna" nie dotarła by do wybrzeży Guadeloupy ale fale spowodowane erupcją z pewnością tak.
Stąd "ostrzeżenia o tsunami",stad słoneczko zachodzace "za chmury". Właściwie to "za skryty w chmurach vulkan ; ) To tyle... "co było do okazania"...
Jutro...czas na"ogród" ; )
...no to w drogę... żeby się oburzać i podziwiać
...zdumiewać i wzruszać ramionami...wybrzydzać i zachwycać...Radoslav
papuas
... jak wiecie nie jesteśmy "wycieczkowi" na wakacjach ; )) Ale,nie znaczy to że cały czas przesiadujemy w hotelu. Lubimy wybyć w miejsca "atrakcyjne turystycznie" tudzież polecane,rekomendowane i...niezbyt oddalone. Aby wypadzik nie przerodził się w "całodniówkę". Chodzi o to by "cuś" zobaczyć ale nie kosztem zmęczenia które ZAWSZE towarzyszy w czasie zbyt długich eskapad...
Pierwszy nasz wybór to polecany..."Jardin Botanique Deshaie". Gdzie ostatni człon w nazwie określa umiejscowienie ogrodu,miasteczko Deshaies. Zamówiliśmy taksówkę. Nie chcę wypisywać ile to zapłaciliśmy ponieważ...nie pamiętam !!! Przyjmijmy że transfer w obie strony nie przekroczył stówki...
Z kierowcą umówiliśmy się że gdy bedziemy gotowi wracać,zadzwonimy. Zostawił nam wizytówkę. Jeszcze w czasie dojazdu "taksiaż" powiedział że "ogród" to najbardziej "oblegana" atrakcja turystyczna na Gudeloup,ie !!!
Już przy wejściu spory tłumek potwierdził jego opinię...
Stanęliśmy "w ogonku". Wszystko idzie bardzo wolno. Niecierpliwimy się troszeczkę. Zwłaszcza że z nieba "leje sie żar"... Tu uwaga: można dokonać zakupu biletów w automacie.Ale,"menu" jest TYLKO francuskojęzyczne a jeśli chcemy zakupić "secik z karmą dla papug,rybek i koziołka" i tak musimy dostać sie do sprzedajacej je (karmę) dziewczyny. Z tego powodu odstalismy swoje ; ))
Na szczęście końcówka oczekiwania po bilety po zbawiennym zadaszeniem...
Tuż za wejściem stawik z karpiami "koi". Te "importowane" z Japonii ryby przyjęły się ,chyba,na całym świecie ; ) W tamtejszym stawiku było ich..."całe mnóstwo"...
Największa atrakcja jest wtedy gdy (my lub inny "gość") wsypywana jest karma dla ryb. Tworzy się..."niezwyczajny ścisk" w wodzie...i "nad wodą" ; )
Ruszamy dalej. Ścieżka wiedzie wokół stawiku...
po drodze oglądamy..."starych znajomych" ; )
dochodzimy do kolejnej "żywej atrakcji". To sporych rozmiarów wolier zamieszkały przez kolorowe papużki. Nikomu nie przeszkadza że to gatunek sprowadzony z...australii ; ))
Największa frajda gdy wyciagamy "mini-kubeczek" ze słodkim płynem. Nie wiem dokładnie co było w środku. Pachniało...kokosem ; ) Ptak przylatuje w pobliże naszej dłoni i..."spija nektar" ; )))
Niestety wychodzimy ze zbawiennego cienia. Jest naprawdę goraco !!! Koilejne rośliny które już "gdzieś widzieliśmy"...
Dochodzimy do największej "roslinnej atrakcji" w ogrodzie...
To "kapokowiec",drzewo naturalnie występujace w tym rejonie świata. Ten jest...bardzo okazały !!!
Wiosna,więc jeszcze w stanie ..."bezlistnym"...
Nie mogliśmy odmówić sobie..."pretensjonalnych fotek" ; )))
Maszerujemy dalej. Wciąż w..."promieniach słoneczka"...
Na szczęście,przed nami,kolejna..."strefa cienia"...
Jest tutejsza atrakcja "No.2". To Banyan. "Drzewo-dusiciel"...
Kawałek dalej,urokliwy zakatek. "To na górze" to lokalna knajpka. Niestety nie udało sie nam znaleźć wolnego stolika !!! : (
Na drugim krańcu bajorka..."gęsi"...znaczy flamingi ; )
Troszke postalismy i...wystarczy. Czas dokonczyć "ogrodowy spacer"...
Jak na "wiosenna porę" sporo kwiatów...
jak juz pisałem. Wiekszośc z roślin już "gdzieś" widzielismy...
trafiły sie i roslinne "dziwadełka"...
Nieopodal wyjścia,koziołek (koziołki) które także doczekały sie "smakołyków" ; ) Pozostawiły "zieleninę" aby zdegustować "turystyczne datki"...
Pozostała jeszcze wizyta w lokalnym sklepiku. O dziwo ceny były naprawde atrakcyjne (w porównaniu z hotelowymi) !!!
Tamże (w sklepiku) poprosiliśmy sprzedawczynię aby "przywołała telefonicznie" naszego wozaka. Nie było sprzeciwu ; ) Czas oczekiwania,około pół godziny" spedzilismy pod parasolem pijac piwko,jedząc "snack,i" i lody...
W podsumowaniu: tenże ogród jest najmiejszym jaki widzielismy. Troszkę mniej okazały od tego na Martynice i zupełnie malutki w porównaniu z "przybytkiem" na Muritiusie. Czy "wart odwiedzin" !??? Powiem tak. Jeśli odwiedzimy go z przekonaniem że to..."odskocznia" od dnia powszedniego w hotelu to tak. Jesli jednak liczymy na..."extrasy"...możemy się lekko zawieść...
Jutro..."o tym i tamtym" ; )
p.s. ogrodowa "piguła"...
...no to w drogę... żeby się oburzać i podziwiać
...zdumiewać i wzruszać ramionami...wybrzydzać i zachwycać...Radoslav
ogród przewspaniały! kolorowy obłęd!
zarówno te czerwone od koi stawy jak i potężne kapokowce w korzeniach których można się schować 
Piea
Uwielbiam bezapelacyjnie te wszystkie ogrody .